andromede blog

    Twój nowy blog

    I.

    Aby nie zwariować. Wdech i wydech. I od nowa. Powtarza sobie, by nie zapomnieć oddychać. Jak się oddycha powoli zapomina. Wdech, wydech, powoli, relaksująco. Wdech, wydch, zamknij oczy,spórbuj zasnąć. No, bądź grzeczną dziweczynkąi zaśnij. Zasnij do ciężkiej kurwy, bo znowu w pracy będziesz ledwo żywa!!!!
    I jest ledwo żywa, zmarznięta. 
    II.
    Odkąd Malena zaszła w ciążę jej życie zrobiło sie chujowe, straciła ostatniego kompana do wychodzenia z domu, więc nie wychodzi. Nie wychodzi i je, potem płacze przerażona ze przytyje, nie wychodzi i kupiła roczny karnet na siłownię – w ramach usprawiedliwienia jedzenia, potem zasypia by na nią wstać. Nie wychodzi i gotuje – to jej wychodzi najlepiej, a przypuszczalnie wyjdzie bokami. Nie wychodzi i zjada paznokcie – to dziwne, ostatni raz miała tak obrzydliwie wygryzione jakoś w okolicach doktoratu. 
    Straciła motywacje do bycia ładną, do uśmiechu, do staraniasię. Kitek, trampki, eleganckie spodnie, bluzka i niech mi ktoś się kurwa spróbuje przypierdolic do trampke. Primo to conversy, secundo sa szar, tertio reszta jest schludna i elegancka. Wypierdalać. Koniec męczenia sie na obcasie, koturnie. Bunt, sprzeciw, pełna negacja. życia w szczególności. Dzis na przejściu, jednak się zatrzymał. Kątem oka widziała to auto i zastanawiała się jak będzie bolało, jak daleko upadnie, czy rozbije głowę, czy przezyje, czy tylko sie połamie. Zatrzymał się. W sumie nawet bez pisku opon. Szkoda. 
    III.
    Jest przemęczona i wkurwiona w kazdej dziedzinie. Wygnała Javiera ze swojego zycia. Nie było tak trudno. Teraz jest. Założyła, że jednak wykarze więcej starań by pokazać, że zależy mu na niej jako na kumplu, nie wykazał. Niech spierdala. I niech się z łaski swojej nie sni jak się śni. On, Ruda Małpa, wszyscy znani i nie znani i karaluchy, duzo karaluchów. A to wszystko jak wisienka na torcie po insomni godzinnej, czasem dłuższej. 
    IV.
    Walczy o wyższe stanowisko. Miała odejść, rzucić pracę, zacząć gdzie indziej, al walczy. Rykoszetem wywalczyła Hibi podwyzkę. Zarabiają tyle samo. To kurwa jakiś joke? Owszem ma parszywy charakter, jak poczuje palącą niesprawedliwość. Sama stanęła za Hibi i poprawą jej warunków. Ale jak usłyszała dwa tygodnie później – jak się sprawdzisz dostaniesz nowe warunki finansowe, a teraz nie i mimo jej argumentów ani centa nie dostała, no wtedy podwyzka Hibi ciachnęła ją jak cios mieczem między żebra i to rozpalonym. Taka gra korporacyjna ponoć jest „zarobiony jestem” w rozwinięciu u niej „zarobiona jestem kurwa mać radź se sama jakżeś taka mądra, a właściwie to nie, korzystajcie z efektów jej pracy, jak cenicie nas tak samo, miłej zabawy z poprawianiem”. Taktyka skuteczna, Hibi przestała zawracać tyłek i ma coraz większe oczy od nadmiaru obowiązków (wielki mi nadmiar i ze wszystkim lata do sprawdzenia). Dziwne jak poczucie niedocenienia może zmienić nastawienie do człowieka, którego w sumie sie bardzo lubi. Widać ma jednak parszywy charakter. Bywa. 
    V. 
    Dwa brzuchy contra Andromede. Jendak za duzo jak na jej nerwy i wytrzymałość. Siedziała i zastanawiała się czy wyjść na fajkę, czy w ogóle co z sobą zrobić na tym zlocie brzuchatek. Fajnie, no jedna bliska, druga bliska, ale ja tez bym chciala coś powiedziec mimo, że nie mam brzucha. Jakoś brzuchatka (brzmi trochę jak foka uchatka) contra ona – mówiąc dokladnie 1 sztuka na 1 sztukę jest do opanowania i można fajnie pogadać, nie czuje się tego dysnansu, inności, ale dwie na jedną. Masakra. Czuła się jak dzieciak, czuła się poprostu niepotrzebna i to było zaiiste chujowe. Moze next time będzi elepiej. W sumie było miło, ale jakoś jednak nie do końca. 
    VI.
    Powinien być taki guzik – jak nie chcesz już istanieć, bo twoje istnienie nie ma najmniejszego sesnu, powinna być mozliwość naciśnięcia i skończenia tej farsy. Nacisnęłąby go z chęcią. Czy to jest depresja, czy tylko przemęczenie i przesilenie? To smutne, ale wolałaby się nigdy nienarodzić. Ostatnio przejrzała leki w domu, no ale trudno się wykończyć rutinoscorbinem. Cięcie też jakoś malo sympatico, poza tym znowu by się skończylo na pocięciu rak, a nie czymś konkretnym. Zresztą nawet jak zzarła dwa opakownia leków na serce to jakoś przeżyła. Wtedy pomyślała, że to musi być  znak,że jej zyćie ma jednak sens, jakoś misję, że jest jakies usprawiedliwienie faktu, ze przychodzili ją ogladać wszysyc lekarze, że żyje i ma sie dobrze i nie jest rośliną, a beszczelnie się usmiecha. Teraz naprawdę nie wie jaka to niby miała być misja, czy sens. Wie jedno jej życie jest totalniebez sensu. Jest skurwiałe, smutne, chujowe, wkurwiające i na pograniczu. Ma ochote chodzić po mieście i rzuccac kamieniami, ma ochote strzelac do ludzi. Ma ochote zwrócić uwagę na siebie – patrzcie jak mi chujowo i źle. „Nie dorosłam do swych lat” ale wie ze każdego to chuj obejdzie, bo kazdy ma własne życie i nikt nie ma w nim funkcji niańki andromede. Niestety. I moz esię wkurwiac, a jak sama czegoś nie zrobi to nikt jej pomóc nie może. I to jest najgorsze. Cala lista odchaczona:
    - nie jest już zamknięta w sobie
    - wychodzi z domu jak tylko ma okazje, czy jej się chce czy nie chce
    - ma piękny uśmiech, prosty, biały, idealny i kurewsko drogi
    - ma piekne blond włosy, proste, długie – jakby tylko jej się chciało ułożyć, nowe cięcie
    - schudła 
    i wiele innych a nikogo nie ma, a jak jest to pojebany jak Pan Normalny, albo Javier. Zresztą nie o faceta tu chodzi, to akurat ani ją ziebi, ani grzeje, ale o ludzi, o aktywności. Szuka jak nienormalna kółek, klubów singli, fotografów – ale na tym skurwiałym pomorzu jest pustynia. I właśnie ta świadomość ile nocy spędzila szukając, ile rzeczy zrobiła by coś zmienić i nic nie przynioslo efektów, to jej skrzydła podcięło, bo nie wie co zrobić, jak cos zmienić. Idzie lato, a ona spędzi jje jezdząc paraca – dom, pewno go nei zauważy. Chuja dostaje jak o tym mysli. Była taka książka: Weronika postanowiła umrzeć – pewno straszny shit sądząc po autorze, ale tytul zajebisty – andromede postanowiła umrzeć. Fajne. 

    I.
    Ups. Spóźnia się spóźnia. Ups.

    II.
    1 dniowa przerwa w diecie. Była dziś pizza i wino, i czekolada. Dużo czekolady.

    III.
    Ups. Nie, to nerwy, stres w pracy. Się pierdoliło, więc się spóźnia. A jak nie?

    I.

    Od miesiąca notka na blogu wygląda tak: ciąg literek + delete. Wie jedno myślenie szkodzi. Czasem nie warto zbyt dużo kombinować, kalkulować, myśleć. Oczywiście podkładem do tych rozmyślań jest imć pan Javier, jak zwykle. Jak od prawie 2 lat. Ciągle się przyciągają, odpychają, urywają kontakt, by ostatecznie wrócić do siebie. By szukać się w rozmowach i czułości. By.

    II.

    Jak to się zaczęło? Po urodzinach u Maleny.Tak jakoś. Nie, nie po pijaku. Na trzeźwo, rano. Zabawnie. Śmiejąc się, że to wszystko zepsuje, że się boją, że stawiają na szali swoją przyjaźń, że sex powinien jednak nie zaistnieć. Chwile później słowa były daremne. Potem musiała okazać się przyjaciólką stać przy nim, poprostu stać, pokazać, że jest gdy tylko by chciał porozmawiać, cokolwiek. Życie zadecydowało, że nie czas był i miejsce na rozważania w jego głowie o zawirowaniach w ich kontaktach. Nie czas i miejsce by ona to rozpatrywała, liczył się tylko on. Nagłe zawirowania w jej pracy. Jak się pierdoli to na całej linii. Potem kolacja, kino, wiele wina wypitego. Wieczór spędzony na śmiechu i beztrosce. Potem wpracy się odkręciło ku lepszemu. Potem znowu ją przygarnął po imprezie do siebie. Obudzili się. Leżeli bez chęci wstania. Nadal potrzeba im pretekstu by z sobą spać. Zaczęło się od przekomarzania kto robi śniadanie, od łaskotania, potem szukanie łaskotek zboczyło na troszkę inne tory. Tym razem kochali się. Odkrywają swoje ciała, znają swoje potrzeby, odkrywająnowe punkty na mapie ciał. Dużo w tym śmiechu i radości, siłowania się, przekomarzania. Nie, nie miała zamiaru oddać mu wszystkiego. Początkowo powiedziała:nie. Zaakceptował to bez cienia zniecierpliwienia. Jednak potem nie była w stanie zachować silnej woli. Zbyt czule było, zbyt namiętnie, zbyt delikatnie, zbyt. Nie była w stanie zostać w tym stanie nienasyconego nasycenia. Zdecydowanie był to najpiękniejszy sex jaki kiedykolwiek w jej życiu zagościł. Teraz jest czas na przemyślenia. teraz jego myśli nic innego nie odciągnie. Wcale nie ma nadziei, że będą razem nagle, już, teraz. Metoda małych kroczków. Nie, żadna strategia. Zbyt dobrze się znają, by uprawiać jakies sztuczki, gierki. Zbyt bardzo go szanuje. Wie, że jej cierpliwość to jedyna droga do jego serca. Wie, że ją zna na tyle by wiedzieć, że nie sypia z kim popadnie. Wie, że on nie sypia z kim popadnie. Wszystko jest na najlepszej drodze. Nie naciska, nie wymusza spotkań. Daje mu pełną swobodę w rozdawaniu kart. Ma swój pazur, potrafi tupnąć nogą, nie stara się być ideałem. Jest w pełni sobą. Kocha go. Kocha bardzo. Kocha inaczej niż rok temu. Pełniej, dojrzalej. Zna jego wady, czasem ma ochotę kopnąć w dupę z całych sił, czasem wścieka się, ale wie, ze w ostatecznym razruchunku to przy nim czuje się najlepiej. Cierpliwość musi być wynagrodzona, bo to cierpliwość płynąca z dna serca, bo to ciepliwość płynąca z mądrości i szlachetnych uczuć, a ta cholerna oliwa sprawiedliwą jednak musi być i tyle.

    III.

    Niech się spełni tym razem. Bo czym jest prawdziwa miłość jeśli nie pragnieniem najlepszego dla drugiej sooby, jeśli nie cierpliwym trwaniu obok w pogodzie i w deszczu? I taka miłość musi być nagrodzona przez los, szczególnie w tych popierdolonych czasach.Koniec kropka peel.

    173

    Brak komentarzy

    I.

    Konia z rzędem temu co by wymyślił taką noworoczną kombinację. Taką Sylwestrową kombinację. Otóż spędziła Sylwestra z nikim innym jak z Javierem. Taka mała powtórka z rozrywki. To samo ale na innych zasadach. Tak poprostu po przyjacielsku. Właściwie to Sylwestra obchodziła dwa dni z rzedu. Piątkową nocą w klubie w mieście pracy z Maleną oraz przyjaciółmi Javiera bawili się do rana. Następnego dnia po domowemu Ona, Javier, Malena i jej mąż. Tak na spokojnie przy dobrym jedzeniu i filmie. Gdy Javier wychodził poprosiła – weź mnie z sobą i poszli razem do niego. Gdy kładli się spać świtało, a właściwie dzień biały już panował. Obudziła się po południu śmiejąc się ze wszystkiego co napotkała w zasięgu wzroku. Bo to będzie dobry rok. Tak też czula gdy stali w epicentrum fajerwerek i gdy dopijała wszystkie szampany, a Javier próbował kontrolować sytuację spadających ogni. Było cudownie. Wszystko co było do wytłumaczenia wytłumaczonym zostało, wszystko zostało powiedziane i nowa karta się otworzyła. Nawet rudą małpę omówili, a raczej ona omówiła. Tak, to było oczyszczające i bardzo jej potrzebne. Oboje stwierdzili, że bez tej przyjaźni ani rusz i że jest cudownie jak jest i niech trwa na wieki. Gdy zegar wybił północ zaczęła skakać z radości krzycząc, że skończył się porypany rok, a ten przyniesie całej ich czwórce samo dobro, samo szczęście. I niech się spełni. Narazie nad wyraz spokojna jest w tym nowym roku, nawet jak coś ją zasmuci to konstruktywnie, nawet jak się na coś wkurwi to prowadzi to do analizy i jest motorem zmian. Ten rok będzie przełomowy, czuje to w kościach i w każdym neuronie, widzi to we wszystkim co ją otacza. Koniec kropka.

    172.

    1 komentarz

    I.

    Pan Normalny może i jest normalny, ale ona nie jest i czuje, że ta konfiguracja rozpada sie jak kryształki lodu. Może wysłac laurkę dziękczynną za to Javierowi. Nie potrafi już chyba zbudowac czegoś, zaufać, okazać troszkę tej naiwnej miłości jaką miała w sobie rok temu. Nie umie zdobyć sie na czułe słowo, nie umie zrobić nastroju, bo czuje się jak idiotka, nie umie zabiegać choć trochę. Do tej nieumiejętności doszedł remont i święta, a więc widywanie dość rzadkie jak na początek i widzi, że Pan Normalny się oddalił i spasował, ona jak to ona, umie najwyżej wypić butelkę wina i wzruszyć ramionami, przecież nawet nei wie czy jest się o co starać. Słowem jej nastrój pod koniec roku jest taki jak pogoda za oknem. Nie może jeść, więc świąteczne obżarstwo w sumie tak bardzo jej nie dotknęło. Jak zje czuje następnego dnia straszne kłucia w żołądku, wino też jej nie służy, ale łatwiej je wmusić w organizm niż pożywienie. Papierosy? No oczywiście, że są nie ok i w sumie zminimalizowała prawie do 0 ich ilość w życiu. Inaczej, w mieszkaniu jest 0 absolutne, poza też dosyć mało. Sylwester? Frustracja rośnie, a palce zaciskają sie mocniej a lampce wina. Jak zwykle, powinna sie przyzwyczaić, że sparowani znajomi spierdalają jak są potrzebni. Sylwester? Zapytają się pierwszego jak go spędziła. Plany ma szałowe – uda przed Rodzicielką, że gdzies idzie. Wróci po cichutku i zaśnie. Pies zostanie sprzedany na tę noc, a ona obudzi się w nowym roku nieskacowana. Pan Normalny o Sylwestrze milczy. Malena strzeliła focha i postanowiła spędzić go w domu, a ona została z ręką w nocniku. Javier oczywiście też postanowił asekuracyjnie zamilknąć. How sweetty.

    II.

    A wkurwia ją na potęgę to ciche dopingowanie przez rodzinę, jakby pan Normalny by ostatnią deską ratunku. Sekundanci kurwa mać. I może dlatego ma ochotę to zniszczyć. Wróć. Może dlatego nie ma ochoty tego podsycić. Tak żeby dać jej święty spokój. W sumie nei wie co o nim myśli. Ma blokadę na porozumienie się z samą sobą. Uparcie coś jej mówi: chuj z nim a drugie coś pisze do niego esemesa.

    III.

    Podłyu nastrój tego dnia jej towarzyszył, może jutro będzi elepiej.

    IV.

    Jest very good, a będzie jeszcze bardziej…

    171.

    Brak komentarzy

    I.

    Mdłości. Od rana. Okres chorobowy ciągnie się za nią od poniedziałku. Najpierw jakies przeziebienie dzis mdłości. Podejrzewa, że laki, którymi się naszpikowała by nie zostać w domu odbiły się na jej żołądku i to pewno dlatego dziś wymiotowała pianą. A może to chwila zapomnienia i popicie leku winem? W sumie od leku do wina minęł ze dwie godziny, ale podejrzewa, ze we wszelkiej maści herbatkach antygrypowych dawka jest iście końska. Zasnęła wczoraj niepostrzeżenie po 21, obudziła się koło 1 w nocy przeniosła do łóżka i rano obudziła się, a wraz z nią mdłości. Dziś je tylko sucharki. Na myśl o każdym innym pożywieniu mdli ją nieprzyzwoicie. Jest też inne wyjasnienie, może to ciąża urojona? W sumie te sny o dzieciach, o ciąży, to pragnienie jakże silne. Może od tego mdli ją.
    Jeszcze 26 minut i powoli rozpocznie ewakuację do domu. Jeszcze trochę i skuli sięna kanapie z ksiązką. O tym marzy odkąd wstała. Odkąd w pełnym makijarzu wisiała nad muszlą i zastanawiała się czy będzie też rzygać po drodze, czy to już koniec występu.

    II.

    Pan Normalny nadal wydaje się normalny. Spotykają się od czasu do czasu. Esemesują. Nie wiedzą co to, ale jest miło. Coraz lepiej im się  rozmawia, coraz krótsze momenty milczenia. Całowało im się dobrze od początku. Wpadli sobie w oko też w tym samym momencie. Jak o nim myśli ma w głowie zdanie: Niemcy byli ubrani na szaro, ty na niebiesko. Tak, oboje lubią dobre kino. Mają dużo punktów stycznych. On mówi, że ona jest jak on tylko bardziej. Bardziej zamknięta, bardziej zdystansowana, trzeba ją odgadywać i interpretować. Ona mówi, że taka jest i potrzebuje czasu, że to nie celowe, poprostu nie umie mówić pewnych rzeczy. On rozumie, a może tylko tak mówi. Czas pokaże.

    III.

    Po remoncie może siedzieć godzinami w swoim mieszkaniu i je podziwiać, wreszcie stało sie jej ukochanym miejscem na ziemii, miejscem gdzie czuje się bezpiecznie, miejscem do którego wraca, by w nim być, a nie by spać i uciekać.

    IV.

    Chodzi jej po głowie piosenka, nie zna jej tytułu, nie zna jej słów, słyszy melodię. Piosenka z klubu ulubionego, piosenka nierozłacznie kojarząca się z imprezami tam. Nie umie się od niej uwolnić. Gdy wraca do domu uliczny grajek siedzi i wykrzykuje piosenkę. Ona się uśmiecha, próbuje zrozumiec słowa, wyodrębnić, ale one się zlewają.

    170.

    1 komentarz

    I.

    A to tak jest po randce? Nie ma płaczu. Nie ma uczucia niedosytu palącego. Nie ma wewnętrznej gmatwaniny uczuć, emocji napiętych jak struna. Nie ma skrajnej euforii popadającej w skrajną rozpacz. A co jest? Jest normalność. Jest uśmiech. Jest wspomnienie fajnej rozmowy, delikatnego dotyku ust i dłoni. Jest uśmiech i spokój. Jest esemes na dobranoc. I nie ma porównywania do Javiera. Jest spokój. Coś się toczy samo. Gdzieś, gdzie się okaże. Zero spinki, kombinacji.

    II.

    Walczy z meblami. Od wczoraj. Masakra. Ekipa remontowa pod wezwaniem Andromede w składzie: Andromede, już rano dzwoniła z prośbą o pomoc do Łysej, bo latarka nie działa. Chwilę później mąż Łysej przycwałował z latarką. Siłownia na marne nie poszła, bo dzięki temu nadal zyje mimo przeniesienia miliona paczek, wyniesienia trzech regałów, zaniesienia ich na III piętro do tzw. piwnicy. Nadal żyje i rozgląda się po prawie pustym mieszkaniu, w którym piętrzą się kartony z meblami. Jutro level II czyli składanie mebli. Szczęśliwie z bratem ramię w ramię. Teraz książka od pana Normalnego i spanie. Albo tylko spanie.

    III.

    Odkąd schudła rozregulował jej się okres. Chyba tak to działa – coś za coś. Nie ma już zegarmistrzowskiej dokładności, są oczekiwania i wywoływania ciężką pracą, gorącą kąpielą. Może się ureguluje znowu, ale od kilku miesięcy co miesiąc ćwiczy opóźnienia. Pomogło wniesienie trzech regałów na III piętro.

    IV.

    A Javier dzwoni i nadal nic nie wie. He, he, he :)

    169.

    Brak komentarzy

    I.

    Detronizacja Javiera przebiegła w sumie bez bólu. Poprostu pewnego dnia obudziła się i stwierdziła, że jest do niego o most za daleko. Długo trwało wyzwalanie się z jego fatalnego uroku, ale chyba się udało. Wczoraj impreza w ulubionym klubie. Impreza o której  mu nic nie powiedziała, przecież i tak jako mebel tam będzie, a jeśli nie – cóż tym lepiej. Nie było go. Tym lepiej. W nagrodę poznała Pana Normalnego. Pan Normalny wpadł jej w oko na długo przed tym jak zaczęli rozmawiać. Pan Normalny i jego przyjaciel Pan Filmoteka.
    Już tydzień temu zaplanowały z Maleną to wyjście. Wyjście nietypowe – Malena z mężem i ona. Była też Jesienna i Łabędzica. Nie było ani Kudłatego, ani Javiera. Była za to przestrzeń. Nie było „tego kurdupla, który Cię tyle czasu blokował”. Był ogląd mężczyzn w klubie. Stały sobie Malena, Mąż i ona. O ten fajny. Brunet, idealnie ubrany. Wow. Tak idealny, że nudny jak sto diabłów jak się potem okazało.
    A tamci?
    Którzy?
    no ten schowany z kumplem.
    Wygląda na normalnego.

    Wyczuli, że są obgadywani. Pan Normalny popatrzył  na nią- uśmiechnęła się. Potem poszły tańczyć, potem pić, potem kręciły się w czwórkę. Wróciła do baru. Usiadła. Kątem oka zobaczyła, że Pan Normalny i jego kumpel przemieścili się na drugą stronę baru. Po chwili dosiadł się PAn Idealny. Zaczęli rozmawiać. Nudził ją. Normalny i kumpel przyglądali się jej. Podniosła oczy do góry komunikując -ten koleś mnie nudzi, zróbcie coś z tym. Po chwili Pan Filmoteka przyszedł do niej i podał jej ramię. Zeskoczyła ze stołka uśmiechając się i krzycząc- o wreszcie przyszedłeś, no ile miałam czekać, przeprosiła Pana Idealnego i dała się poprowadzić. Resztę wieczory spędziła z nimi. A raczej na rozmowie z Panem Filmoteką o literaturze, filmach, Pan Normalny stał koło niej uśmiechnięty, od czasu do czasu coś wtrącił. Znajomi powoli się ulatniali. Została z nimi. Pan Normalny zaproponował, że ją odwiezie. Odwiózł i odprowadził pod same drzwi. Uśmiechnęła się mówiąc, że chyba mu kolejka uciekła. Wszedł na herbatę. A potem. A potem potoczyło się jakoś samo. Był cudowny, namiętny, delikatny i kurewsko rozmowny. To akurat ja irytowało w tej chwili, bo zadawał za dużo pytań. Spytał czy ma zadzwonić. Powiedziałą, że w to nie wierzy, ale będzie jej miło. Spytał czy wierzy w miłość, odpowiedziała, że nie wierzy, że to jest wersja oficjalna i jej się trzyma, ale oczywiście, że marzy o miłości z filmów rodem, jednak bezpieczniej jest w nią nie wierzyć.

    II.

    Sobota ciągnęła się leniwie spędzona na spaniu, zabijaniu kaca i rozmyślaniu czy aby podała mu dobry numer telefonu i czy aby w ogóle zadzwoni. W sumie chciała, żeby zadzwonił. Jak zwykle rozpoczyna coś od dupy strony, prawie, że w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale jednak nie do końca. Strasznie szybko toczą się sprawy w tym wieku. Za szybko. Jak zwykle głos Maleny przypomniał jej, że oboje są dorośli i to naprawdę nic dziwnego.
    Sobota minęła też na Javierowym fochu, że nic o imprezie nei wiedział. Było to zabawne. Najpierw dzwonił do Maleny, potem z nią esemesował, potem zadzwonił do Andromde. Zadzwonił ze skargą, że oto tyle ludzi, taka fajna zabawa i nikt go nie poinformował, tylko pisały do niego w trakcie jak już było po wszystkim.
    - Pisałyśmy? Czy ja do Ciebie pisałam, nie przypomniam sobie, chyba, że zrobiłam to podświadomie.
    - No ty nie, ale Malena, Jesienna. Teraz strzelam focha
    - Nie strzelaj, życie jest za krótkie na fochy.
    - A wiesz, że dzisja jest fajna impreza w klubie?
    - Wiem.
    - i co?
    - i nic.
    - nie chciałabyś pójść?
    - Nie, jestem zmęczona.
    - Szkoda jakbyś poszła to ja bym poszedł.
    - nie idę.
    - ja chyba pójdę, daj znać jak zmienisz zdanie, będzie fajnie, napisz jak się namyślisz.
    - ok, ale zdania nie zmienią.

    Gdzie byłeś w lato, jak spytałeś dlaczego nie wychodzi w piątek, jak powiedziała mu, ze przeciez, wie , że nie ma z kim. Czekała wtedy na zaproszenie, na to by ktoś ją wycigągnął z domu i ze szpitala od MAleny, gdzie spędziła większość lipca. Gdzie byłeś?
    - widzisz on wtedy wiedział, że czy zaproponuje, czy nie jesteś na każde jego wezwanie, teraz wie, że Cię traci, że nagle nie jest adorowany przez nas, że ja – ok, mam męza, Jesienna – też ma męża, ale Ty? nie masz męża i smiesz go olewać. To dla niego policzek. I nie mówiłam mu nic o Panie Normalnym. Czuje, że z tego może coś fajnego wyjść, a bałam się, że jak sie dowie zacznie się wpierdalać, zeby nadal miec Cię na wyłączność.
    - ja też nic mu nie mówiłam
    .

    III.

    Pan Normalny zadzwonił po Javierze. Spytał co robi wieczorem. Odparła, że ksiązka to jej główny plan. Źle się gadało. Była zmęczona, w głowie myśli ledwo pełzały. Powiedziała poprostu zwyczajnie, że dziś rozmowa nie jest jej mocną stroną, że trudno jej coś konstruktywnego powiedzieć. Powiedział, że może zadzwoni jutro, ucieszyła się i obiecała być bardziej rozmowna.

    IV.

    Wpisała w wujka google numer telefonu. Pan Normalny nie tylko jest normalny, ale i poukładany, i przedsiębiorczy. Jest taki jak być powinien. Ciekawe. Na pierwszy rzut oka jest bardzo na tak. Ma ochotę na telefon od niego, a na randkę zaciągnie go na łyżwy. Ma być wesoło, niestandardowo, nie nudnie. Oby się tylko umówił. Jeśli to ten, to pojawił sie w idealnym momencie. Nie ma w niej cienia desperacji, poszukiwań drugiej osoby, jest najładniejszym swoim wydaniem, najszczuplejszym, mającym swoje życie, niezaleznym, lubiącym swój dom. Jest gotowa dać czątkę miejsca w tym świecie komuś innemu. Cząstkę miejsca w jej świecie, a nie zbudować świat kradnąc cały świat drugiej osoby i czekając na telefon i wezwanie. 

    168.

    1 komentarz

    I.

    A to Ci niespodzianka. Kostropata, Javier, Andromede na tychże samych metrach kwadratowych dusznego klubu. Do miksu można dodać Gawrosza i Kudłatego oraz parę koleżanek z dawnych studiów. Pełne zwycięstwo. Kostropata miała swe pięć minut, ale widać już się skończyło. Ale od początku.

    II.

    W piątkowy wieczór Javier obudził ja i jej depresję telefonem. W rozmowie wyszło, że w sobotę wybiera się do klubu w miescie pracy i tak się też umówili. W sobotę potwierdziła, że będzie. Javier z Kudłatym przyszli tam tylko dla niej. Nieznoszą klubu w sobotnie wieczory, stali sami, albo z nią. Strasznie nie chciało jej się iść bo panna depresja próbowała ją zaciągnąć w poduszkowy raj i gwałcić jej mózg chorymi wizjami. Wreszcie rozsądek zdecydował pojechała. Pojechała z posępną miną i nastrojem jakby szła na stracenie. Wchodzi sobie do klubu, a przy bardze siedzi Kostropata. Myślała, że zejdzie na zawał. Javiera nie było. Siedziała sobie ze znajomymi obserwując sytuację, w oddali zobaczyła łeb Kudłatego, no to i pewno gdzies tam i Javier sie plącze. Wszedł nie zauważył jej, podszedł do Kostropatej. Zaobserwowane czułości – brak, radość z widoku – brak. Jest dobrze, pomyślała. I spokojnie zaczęła go ignorować. Utworzył się piękny regularny trójkąt – bar – Kostropata z miną posępną, ściana JAvier z Kudłatym, stolik – Andromede ze znajomymi. To było całkiem zabawne. Podeszła do nich, Javier podał jej ognia, ręka z papierosem trzęsła jej się jak porąbana. Nie dało się nie zauważyć. Dowód na to, że ma jednakl jakieś ludzkie uczucia. Wieczór zdecydowanie miły, Kostropata polazła, trzymała się daleko od Javiera. Wróg pogrzeban.

    III.
    W sumie jak tak sobie przypomni minę Kostropatej, to jest jej nawet jej żal. W końcu nie tak dawno przerabiała to samo. Domniemany scenariusz – coś się psuło, Kostropata przyjechała by umówić strategię ze znajomymi, albo porpostu się wyżalić, siedzi spokojnie, bo wie, że Javier nie przychodzi w ten dzień w to miejsce, a tu zjawia się JAvier i jakaś blond chuda sucz koło niego, która kręci się i kręci, może chciala wieczorem późnym pojechac do niego? Może chciała rano z nim pogadać? To co zobaczyła pewno ją dobiło totalnie. Minę miała zmasakrowaną, nie tylko wtedy, ale ciągle. Widziała jak stała z Javierem, że koleżanka Kostropatej ją lustruje. W sumie Kostropata z posepną miną i bez wkurwiającego uśmiechu nie jest nawet taka Kostropata. Biedna dziewczyna, Javier zrobił jej to samo co jej. Potrwało to dłuzej ze względu na odległość, lato i inne pierdoły.

    IV.

    Stała przy barze z JAvierem i Kudłatym, gdy po przeciwnej stronie dojrzała Gawrosza. Przeprosiła kolegów i pognała na drugą stronę baru, by urządzić spektakl pod tytułem rozmawiam z kolegą flirtująco. Usmiechom, zaczepkom, dotknięciom nie było końca. Widziała kontem oka jak JAvier z Kudłatym gapią się. Nawet nie ukrywali, nie patrzyli się ukradkiem, porpostu stali i wlepiali gały. Po czasie jakimś przyprowadziła Gawrosza do nich. Taki mały joke. Javier zna historię z Gawroszem, a Gawrosz jest diablo przystojny, więc z przyjemnością zaprezentowała łup chwilowy. Swoją drogą współczuła bolesnie wszystkim laskom, które muszą uśmiechem na drinki zarabiać. Musiała mizdrzyć się do Gawrosza, by chciał z nią rozmawiać. Być zabawna, pociągająca i na tyle ciekawa, by nie zostawił jej w pół słowa. Strasznie ciężka praca, ale mina tych dwóch osłów była bezcenna.

    V.

    Gdy stali sobie w czwórkę przy barze, Javier ją objął, a ona jego. I stali tak długą chwilę. Pieprzony pies ogrodnika. Zabawny pies ogrodnika.

    VI.

    W środku masowego rażenia zasypiała na ramieniu Javiera. Stali objęci. Nie zaproponował jej noclegu, za to za uszy ciągnął do masowego rażenia, a ona szła marudząc, że sił nie ma. Ciężka to była droga. Uświadomiła sobie potem, że zapomniała kupić biletu. Podróż za jeden uśmiech, dobrze, że kanara nie było. To byłaby droga podróż.

    VII.

    Kostropata zniknęła dość wcześnie, wyszła niezauważona. Potem pewno doszły ja plotki, że się obejmowali, ze wyszli razem. To pewno nie jest dla niej miły dzień. Ciekawe czy dziś widziała się z Javierem, czy podjęła próby ratowania. Jeśli coś powiedziała o niej, zrobiła wymówki źle to się dla niej skończyło. Niemożliwe by nie zrobiła.

    VIII.

    W tym całym kociokwiku jednak udało jej się ugryźć w język i pominąć obecność Kostropatej. Nie powiedziała ani jednego słowa. Nie skomentowała. Bo i cóż miałaby powiedzieć? A co to game over? Miłość już się skończyła? Nie, to byłoby niskie. Nie w jej stylu. Nie tańczy się na szczątkach wroga. Ciekawe ile jeszcze podobnych numerów wywinie Javier. Ile jeszcze cierpienia przez niego będzie, ile kobiet złapie się najego słodkie oczy i wizerunek poważnego faceta, mający niewiele wspólnego z prawdą.

    167.

    3 komentarzy

    I.

    Wróciła   z pracy w podlym nastroju. Wracała we mgle płacząc za kierownicą. Zasnęła. Nie, nie za kierownicą, w domu już bezpiecznie. Obudził ją telefon od Javiera.

    II.
    myśli w czasie pracy zapisane, myśli nieuczesane, myśli z ukrytej notki:
    ———————————————————————————————————————-
    I.

    Po rozważeniu wszystkich za i przeciw postanowiła zniknąć. Taką chęć wielką i przemożną ma by zakończyć tę błazenadę. Wyłaczyć telefony, pokasować konta, odciąć wszelkie kontakty ze światem a potem odciąć światu kontakt z sobą. Bezpowrotnie. Ciekawe jak szybko by wszyscy zapomnieli, ile osób pamiętałoby dłużej niż tydzień, kto by ją wspomniał za rok, dwa. Ile osób zauważyłoby w ogóle zniknięcie.

    II.

    Czuje się jak rozlazła pluskwa. Gruba – jeszcze nie, ale każdy kęs pożywienia wywołuje maksymalne poczucie winy. Czuje, że jej styl jest aseksulany, zresztą szczerze mówiąc ma problemy by zmusić sie do mycia, więc energii na wyszukanie fajnych ciuchów nie ma, poza tym wszystko wywaliła jak schudła o te kilka rozmiarów, zostało kilka bluzek w rozmiarze nieokreslonym. Tak, czuje się jak klasyczna biurwa stara panna. Taka zakurzona baba co siedzi i młodość jej uciekła między segregatorami, nikt nie patrzy na nią jak na obiekt seksualny, nikt nie patrzy na nią nawet jak na kobietę. Raczej jak na sierotę, odpad jakiś. Oczywiście nikt też nie zrozumie ani słowa z tego co teraz, kazdy powie, że przesadza, wymyśla itepe, itede, więc nie mówi, bo i poco? Dusi to w sobie wszystko, poczucie brzydoty, poczucie zbliżającej się starości, poczucie pauperyzacji zawodowej, poczucie siedzenia w matni, poczucie samotności w tłumie. Braku, braku zabawy, młodości, urozmaiceń. Czuje jak kostnieje, jak jakaś skorupa ją pokrywa i odbiera siły do działania, niema akceptacja, nieme popychadło.
    I te pierdolone dzieci, które jej się śnią i doprowadzają do obłędu, to przeczucie, ze jak juz kogoś pozna, albo będzie ja stać na urodzenie okaże się to niemożliwe. To chyba jest najbardziej przerażające. I poczucie bezsensu istnienia, bzsensu tego bytu zwanego Andromede. Wszystko nie tak jak miało być. I znikąd drogi odwrotu, ułozenia, jedyne co może przynieść jakąś zmianę to zakończyć to wszystko raz na zawsze. Jedno cięcie, jeden łyk, jeden skok i trochę więcej odwagi.

    III.

    Chyba czas na deprim forte. Szczęście zamknięte w tabletce, szczęście zamknięte w alko, szczęście zamknięte w papierosach, szczęście zamkniete w zmęczeniu na siłowni, szczęście zamknięte na saunie. Tęskni za szczęściem z powietrza, za spokojem,bezpieczeństwem, wiarą i nadzieją, bo tego wszystkiego dziś w niej nie ma.

    IV.

    Nie lubi się takiej, ma żal do całego świata, gniew przeciw wszystkim wokół i siłe na to by leżeć skulona na łóżko, przytulac pluszaka i płakać. Jedyne na co ją stać.
    ——————————————————————————-

    III.

    Wychodząc dowiedziała się, że dostanie samodzielne stanowisko, będzie na równi z Naczelnym.

    IV.

    Racja, na szczycie nie ma szczęścia, jest tylko piekielne zmęczenie. Jest za dobra, za prawa. Czuje sięjak świnia, nie umie spojrzeć w lustro. Czuje, że niesłusznie skrzywdziła Naczelnego. Nie umie sobie z tym poradzić. Rodzicielka tłumaczy jej, że to jednak ona tu jest ofiarą, a świat ma zasady brutalne, że pokutuje za prawość swego harakteru. Nic już nie wie. Nie ma dobra, nie ma zła, jest mgła.

    V.

    Obudziła się i skojarzyła, że to jednak był dźwięk telefonu. Javier. Napisała. Obudziłeś mnie. Napisała potem, ze jest kolczasta, że świat jest zły i że dzwoni na własną odpowiedzialność i ze jest ksiazniczka na mentalnym ziarnku grochu.

    VI.

    Oddzwonił. Nie powiedziała mu co się stało. Powiedziała, że powód jest a i owszem, ale odwróciła kota ogonem, kazała mu mówić o sobie. Nie wspomniał o Kostropatej ani słowem. KURWA. Pytał kilka razy co się stało, nie powiedziała, wyłgała się enigmatycznie. Powiedziała mu za to, że te rozmowy, cóż, do przewidzenia ich przebieg. On mówi, że u niego ok i wyciąga od niej co u niej. Obruszył się, zaprzeczył. Potwierdziła swoje słowa z cała stanowczością obrażonego jestestwa. I tak rozmowa spełzła na sztukę współczesną. To tyle tematem co u niego.

    VII.

    -Ale proszę, oddzywaj się do mnie.
    -Oddzywam się.
    -Myślałem, że się obraziłaś.
    -A mam powód?
    -No, nie odebrałaś telefonu.
    -Ale ty wrazliwy jesteś, kto by pomyślał.

    Obruszył sie po raz kolejny.

    VIII.
    - Smiejesz się, cieszę się, że to moja zasługa
    - jeszcze nie oddzyskałam na tyle sił, by Ci zaprzeczyc, więc możesz sobie niesłusznie poprzypisywac te zasługi, przez chwilę. Korzystaj.

    IX.

    Nauczyła się nie wyciągac z jego słow nic. Nawet tyle co jest powiedziane. Bo to i ta za dużo. Czuje, ze ta znajomość długo nie potrwa, to już się urywa, rozpełza, on to wie i ona. On próbuje ją zatrzymać po drugiej stronie słuchawki, ale to nie wychodzi. Wcześniej wtajemniczyłaby go we wszystkie problemu i szukała oparcia, teraz odwróciła kota ogonem. Tracisz mnie Javierze, tracisz jak na ojomie. Pacjentowi zamiera bicie serca, linia coraz dłuzej i bardziej niepokojąco jest prosta, a dźwięk jednostajny.

    X.

    Wieczór winny i samotny. Nóż przykładany do nadgarstka upadł na podłogę razem z jej łzami. On upadł szybko i głośno, one spłynęły bezgłośnie i powoli.

    XI.

    Nie wie kim jest, gdzie zmierza i po co zmierza. Nic nie wie. Kryzys totalny na kazdym polu.


    • RSS